Gratuluję jubileuszu 50-lecia pracy artystycznej.
Nie w tym roku. Za rok, w 2009.
Przecież zadebiutował Pan na scenie w 1958 roku?
Ale w Teatrze Rozmaitości zginęły mi kiedyś papiery, zginął jeden rok, więc będę jubileusz obchodził za rok. Nic nie dają świadkowie, koledzy, którzy byli ze mną przez rok w tym teatrze. Nie ma papierów, nie ma roku pracy.
Ukończył Pan łódzką szkołę filmową, to miłe wspomnienia?
Wspominam bardzo sympatycznie, choć mimo, że dostałem się do niej dość łatwo, to trzy razy byłem wyrzucany...
Za co?
Za brak zdolności. Co do legend, to one zwykle rodzą się po latach, ale nasze życie studenckie było bardzo biedne. Często przymieraliśmy głodem, zwłaszcza przez dwa pierwsze lata, kiedy nie miałem stypendium. Jeździliśmy więc często na wieś, pod Łódź, na jabłka, które potem piekliśmy i zaspokajaliśmy nimi głód. Jak bardzo byliśmy niedożywieni świadczy fakt, że pewnego dnia na tańcach kilku kolegów zemdlało z głodu. Wśród moich najbardziej znanych kolegów w szkole był Roman Polański. Od tamtej pory mam wielki sentyment do Łodzi, do ulicy Gdańskiej, Targowej, Piotrkowskiej.
Wkrótce po ukończeniu szkoły zagrał Pan Kordiana i Konrada w "Dziadach", role marzeń aktorskich?
Tak, a w pewnym momencie zaproponowano mi rolę Hamleta, od której uciekłem do wojska.
Jak to, dlaczego?
Bo tylko w ten sposób mogłem uniknąć tej roli, do której nie czułem pociągu, a poza tym czułem się wtedy wyeksploatowany i bałem się, że będę się powtarzał.
Na długo Pan poszedł do tego wojska?
Na trzy miesiące, do Rembertowa. Zetknąłem się tam ze wspaniałym człowiekiem, jakim był generał Józef Kuropieska. Uwielbialiśmy go. Pozwolił nam chodzić do kasyna. Był dowcipny. Pewien kolega popił sobie na jakiejś zabawie i generał ogłosił na placu apelowym, że podchorąży taki to a taki został karnie usunięty z wojska. Mnie z kolei generał wyekspediował na plan filmowy. Bardzo cenił sztukę, dużo czytał.
Co Pana popchnęło do zawodu aktorskiego?
Naprzeciwko Opery Wrocławskiej, a przez pewien czas mieszkałem we Wrocławiu, były zakłady zbożowe, w których pracował mój ojciec. Była tam też kawiarnia w której siedzieli dobrze ubrani aktorzy popijając likiery i kawę. Patrzyłem na nich przez okno i myślałem, że takim to dobrze, pewnie dobrze zarabiają, chyba ja powinienem się tym zająć. I tak to we mnie utkwiło. Pewnego dnia wracałem z warsztatu szkolnego i zajrzałem do tych zakładów zbożowych. Była tam taka kotara, za nią scena i na tej scenie zobaczyłem mojego ojca. Okazało się, że trzymał w tajemnicy swój udział w teatrze amatorskim, w którym był malarzem, bardzo utalentowanym, scenografem i reżyserem. I ja też się w to wciągnąłem, a w teatrze Ligi Kobiet zagrałem "Fircyka w zalotach". Zawód wydał mi się barwny, a ja chciałem, aby moje życie było inne od tego, jakie znałem. To była ucieczka przed monotonią i nudą.
Nie żałuje Pan, że doszło u Pana do zmiany emploi, z romantycznego, dramatycznego na komediowe?
Zupełnie nie. Bardzo dobrze czuję się w repertuarze komediowym, tu w Kwadracie. Z Kwadratem zjeździłem cały świat, a z "Mężem i żoną" Fredry w reżyserii Gustawa Holoubka, w której grałem Alfreda, z Anną Dymną, Anną Seniuk i Markiem Kondratem grałem USA. Wiem też, że Polonia bardzo pamięta inżyniera Karwowskiego.
Pana styl gry cechuje dystans do postaci, Pan nie wypruwa flaków, lecz raczej puszcza oko do widza?
Wiem, że aby być śmiesznym, nie wolno się wygłupiać. Efekt komizmu osiąga się przy dystansie.
Co Panu dał ten zawód, jako człowiekowi?
Możliwość poznania mnóstwa wspaniałych ludzi, podróże. Cenię sobie to, co o mnie mówią, że jestem normalny, a to nie zawsze łatwo w tym zawodzie zachować. Na pewno nie należę do aktorów nawiedzonych misją.
Wielką popularność zdobył Pan dzięki roli inżyniera Stefana Karwowskiego w "Czterdziestolatku". Jak Pan wspomina tę rolę?
Zajęła mi kawał życia, a serial po latach stał się kultowy. Ileż czasu spędziłem na planie na budowie Dworca Centralnego, Trasy Łazienkowskiej i Toruńskiej. Szkoda, że dziś nie ma takich seriali, dających satyryczny przekrój społeczeństwa. Poza tym scenarzyści, czyli Gruza i Krzysztof Teodor Toeplitz zrobili z tego serialu po prostu perełkę. Udało mi się też zagrać safandułę, poczciwego ofermę, którym w życiu nie jestem, a lubię grać wbrew prywatnym warunkom i predyspozycjom.
Nie żałuje Pan barwnych czasów SPATiF (klub środowisk twórczych - przy. red.), tamtych biesiad artystów?
Żałuję. Bywałem tam i dużo ciekawych scen widziałem, dużo ciekawych rozmów. Wszyscy się rozproszyli, wszyscy mają samochody, więc jak tu napić się w SPATiF-ie? To dziś nie do pomyślenia. Motoryzacja zabiła życie towarzyskie, a poza tym my, tamci biesiadnicy, już się postarzeliśmy.
Dziękuję za rozmowę.
ANDRZEJ KOPICZYŃSKI - ur. 15 kwietnia 1934 w Międzyrzecu Podlaskim. Zadebiutował na ekranie w 1957 roku rolą młodego kapo w filmie Jerzego Kawalerowicza "Prawdziwy koniec wielkiej wojny". W latach 1958 - 1960 występował w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Aktor Teatru Współczesnego w Bydgoszczy, Teatru Dramatycznego, Teatru Bałtyckiego w Koszalinie, Teatru Dramatycznego w Szczecinie. Od 1970 roku aktor występuje na scenach teatrów warszawskich. W latach 1970 - 1979 aktor Teatru Narodowego, Teatru Rozmaitości, Teatru Na Woli, a od roku 1986 do dziś występuje w Teatrze Kwadrat. Ważniejsze role teatralne, to także Poeta w "Indyku" Mrożka, Książę Fryderyk w "Jak wam się podoba" Szekspira, Beranger w "Nosorożcu" Ionesco, Kirkor w "Balladynie" Słowackiego. Role filmowe m.in. w "Świętej wojnie", "Kolumbach", "Motylem jestem, czyli romans 40-latka", nagroda za najlepszą rolę męską na FPFF w Gdyni, w "Filipie z konopi?", "Znachorze", "Korczaku", "Czterdziestolatku 20 lat później", "Ogniem i mieczem".